Temat z okładki

Michał Janicki - Pół żartem, pół serio

Michał Janicki

 

 

Gwiazda kabaretu. Rozśmiesza w życiu i na scenie – czasem mimo woli. Dusza towarzystwa i ulubieniec szczecińskiej publiczności, która to, jak mówi, jest najlepsza pod słońcem. Zawsze uśmiechnięty, pogodny. Siła napędowa Teatru Polskiego, gdzie wraz z kolegami tworzą bardzo zgrany zespół. O małżeństwie po 25 latach narzeczeństwa, walce z nadwagą i o tym, jak przez przypadek został aktorem i kto mu wsadzał palec do ucha – specjalnie dla „Prestiżu“ Michał Janicki.

Gdyby Pan nie był aktorem, to kim chciałby Pan być?

– Zawsze chciałem być weterynarzem. Jak pani zauważyła, teraz też towarzyszy mi mój piesek – Kabelek. Jego imię to udręka. Proszę wyobrazić sobie mnie chodzącego po parku i wołającego „Kabelek, Kabelek” – połowa spacerowiczów zastanawia się, o co temu panu chodzi?! Postanowiłem zaopiekować się nim, gdyż jego pani miała problemy ze zdrowiem. Na pytanie właścicielki, czy potrafię się zaopiekować zwierzątkiem, powiedziałem: „Czy mówią coś pani nazwiska Brigitte Bardot i Violetta Villas? No to ja jestem trzeci! (śmiech). Na sakramentalne pytanie: „Czy pani pies gryzie?” odpowiedziała: „Proszę pana, gdyby on nie gryzł, to jak by on jadł???” I tak Kabelek został u nas w teatrze. Zaakceptowany przez główny autorytet Teatru Polskiego – Jacka Polaczka i innych kolegów.

– To skąd pomysł na szkołę aktorską?

– Trafiłem do szkoły aktorskiej przez przypadek. Kończąc technikum weterynaryjne z nadzieją na pracę w moim ukochanym oliwskim zoo, próbowałem przygotować się do egzaminów na studia weterynaryjne, jednak zawisła nade mną groźba służby wojskowej. Symulowałem zapalenie wyrostka robaczkowego i to tak dobrze, że faktycznie wylądowałem na stole operacyjnym! Była to moja pierwsza wprawka do roli „Idioty” Dostojewskiego. Jedyne egzaminy, do których mogłem jeszcze przystąpić po wyjściu ze szpitala, to te w Studium Wokalno-Aktorskim. Pojechałem na egzamin ubrany w taki śmieszny jasny garniturek. Pamiętam pod koniec egzaminu Jerzy Gruza zmierzył mnie od stóp do głów i prowokacyjnie zapytał: „Gdzie się pan ubiera? U Arman….!?”. Nie dokończył, bo wszedłem mu błyskawicznie w słowo: „Przed dużą szafą z lustrem w sypialnym pokoju rodziców”. Komisja w śmiech! Dostałem się.

– Jest Pan kolekcjonerem pierścieni…

– Pierwszy był Złoty Pierścień wyśpiewany w Kołobrzegu z grupą Niebieskie Berety dla macierzystej jednostki wojskowej Desantu Morskiego w Gdańsku-Wrzeszczu... Oj, wrzeszczało się, wrzeszczało na tej estradzie te wojskowe nuty! Ten złoty oddałem ojczyźnie, te bursztynowe natomiast trzymam pod kluczem.

– Ma Pan na nie specjalną półkę?

– Słucham?

– Stawia Pan codziennie świeże kwiaty… świece…?

– Tak, w moim domu panuje kult jednostki! Zbieram wszystkie nagrody, nawet nie swoje. W kolekcji mam między innymi złotą płytę mojego zięcia, który jest muzykiem klasycznym. Odpowiadając precyzyjnie na pani pytanie, to tak się złożyło, przypadkowo oczywiście, że w moim mieszkaniu jest stara belka, która chyba po to się tam znalazła, aby pomieścić wspaniałe Bursztynowe Pierścienie. Dziękuję Narodzie Teatralny! Nawiasem mówiąc, jest na niej jeszcze trochę miejsca… (śmiech)

– Jest Pan najbardziej rozpoznawalnym aktorem w naszym mieście.

– Jeśli tak jest jak pani mówi, to bardzo miło! To zawsze jest trudniejsze w przypadku aktora teatralnego, gdyż zmywając charakteryzację, wtapiamy się w tłum. Może ja jestem typem aktora, o którym Jerzy Gruza mówi, że „rzuca się publiczności do gardła jak norka, raz chwyci, to już nie puści” (śmiech). Czy to dobrze, czy źle, różnie w różne dni o tym myślę.

– Najtrudniejsza publiczność z jaką miał Pan do czynienia?

– Powtórzę za moim nieodżałowanym śp. profesorem Henrykiem Bistą: „Pracując w teatrze, mamy wyjątkowe szczęście, bo pracujemy dla tej lepszej części społeczeństwa! Bo kim trzeba być, aby przyjść do teatru!? Trzeba być wykształconym, inteligentnym, zamożnym i NAIWNYM (śmiech), aby dać się nabrać na te chwile ułudy i zmyślonej prawdy, które państwu proponujemy”. Jednak zdarza się, że teatr odwiedza przypadkowa grupa ludzi.

– Na przykład?

– Gimnazjaliści. Grałem w Polskim bohatera romantycznie w „Białych nocach” Dostojewskiego. Szalenie trudna rola, która zaczynała się takim intermedium: leżę na kanapie nieruchomo, w białym garniturze, udaję że śpię z książką, która bezwładnie opadła mi na twarz. Publiczność zajmuje miejsca zazwyczaj dyskretnie, tym razem wrzask, hałas. Gdy w końcu mnie zauważają na środku areny – gdyż widownia była obstawiona dookoła sceny – jeden z chłopców zapytał: „Czy ten gość w białej piżamie co tam leży żyje czy może jest napruty?!”. No – myślę sobie – nieźle zainteresowali się mną. Ledwo skończyłem się nad tym zastanawiać, a już czuję jak inny chłopak próbuje wsadzić mi palec do ucha, ktoś inny pociągnął mnie lekko za włosy. Ho, ho, sprawdzają moją odporność – pomyślałem. I nagle słyszę, jak jeden z chłopców proponuje na cały glos: „Ściągnijcie mu buty!”. Na szczęście istnieją na świecie dziewczyny, z których jedna mnie uratowała, wrzeszcząc: „Nie róbcie tego! Nie wiadomo od jak dawna on tutaj leży!”.

– I to był koniec harców?

– Nie, w trakcie spektaklu było jeszcze gorzej, ale na szczęście po 35 minutach mojej walki sam na sam z publicznością do akcji wkroczyła utalentowana aktorka Lidia Filipek... Cała męska część publiczności przestała się mną zajmować, zastanawiając się, czy ta piękna dziewczyna przypadkiem się nie rozbierze. Lidia rzeczywiście pozbywała się sukcesywnie różnych części garderoby, czym trzymała w szachu bezczelną część widowni. Po pierwszym akcie oboje zmęczeni knuliśmy zemstę w kuluarach. Zapytałem koleżankę: „Umiesz improwizować?”. „Tak”. „To w takim razie będziemy improwizować przez trzy godziny... Niech zobaczą, czym jest Dostojewski fizycznie... Zamykamy drzwi i nie wypuścimy nikogo przed dwunastą w nocy!”.

– Zemsta dość okrutna, zważywszy że to przecież była młodzież gimnazjalna, a zachowanie raczej typowe dla tego wieku.

– Chyba tak, dlatego też przechodząca obok Danuta Chudzianka, wybitna aktorka, zareagowała błyskawicznie: „Michał, czy ty zwariowałeś? Czego ty uczysz młodą koleżankę? Nie u-wre-dniaj się na publiczność, bo stracisz całą przyjemność z wykonywania naszego zawodu! Idziecie i gracie szybko z sercem i do przodu. Ja mam o dziewiątej umówionego dentystę! Nie będę tu kwitła aż wy się zemścicie!”.

– A aktorska wpadka w Pana wykonaniu?

– To było w „Weselu” Wyspiańskiego w reżyserii Janusza Józefowicza. Staliśmy wszyscy na scenie w oczekiwaniu na przybycie Wernyhory. Jedna z koleżanek ma powiedzieć: „Czyżby to archanioł był?”. Więc robi pauzę, nabiera powietrza płuca, a nagle jakiś gość w pierwszym rzędzie bezmyślnie smarka głośno w chusteczkę. Ona przeszywa go wzrokiem i mówi „Czyżby to charchanioł był???“.. Publiczność zamarła, zawodowi koledzy zastygli jak skały, a ja nieszczęsny bardzo nieprofesjonalnie parsknąłem śmiechem! Nie mogę sobie tego wybaczyć do dzisiaj!

– W ciągu tych 16 lat wystąpił Pan w ponad stu sztukach. Jak znajduje Pan jeszcze czas na Teatr Kameralny?

– To kolejny przypadek w moim życiu. Od sześciu lat prowadzę wyżej wymienioną placówkę kulturalną (śmiech). Przy pomocy zapalonych teatromanów zrzeszonych w STPS-ie na czele z Piotrkiem Garusem i jego piękną żoną Hanią, Markiem i Marynią Iwankami (jak ich pieszczotliwie nazywamy) itp., itd. Najważniejszymi jednak autorytetami artystycznymi są Danusia i Waldemar Wojciechowscy, wybitni artyści malarze o zasięgu europejskim i dalej. Prezesem i menedżerem jest moja żona Zofia Jankowska.śmiech) śmiech). śmiech), na szczęście mecenat państwowy wspiera was w tej pożytecznej misji... Dziękujemy!!!

– Chciał Pan kiedyś jechać do Warszawy?

– Od pewnego czasu Warszawa przyjeżdża do nas i tak jest lepiej – myślę.

– Często słyszy się podejrzenie, że jak Warszawa przyjeżdża – to chałturzy.

– Zapewniam panią i wszystkich którzy czytają szanowane pismo „Prestiż“, że jak przyjeżdża Warszawa przez duże W – mam tu na myśli takich artystów jak Janda, Seniuk, Pietraszak, Pszoniak itd. i niegdyś Holoubek, Zapasiewicz – to nie ma mowy o jakimś tam markowaniu. Z prostego powodu: artyści o takim temperamencie scenicznym dziesięć razy bardziej meczą się, powściągając swój talent, markując, niż grając na sto procent. Z powyższego wynika, że Słupsk, Kartuzy, Wrocław, Szczecin, Łódź i Olsztyn mogą być spokojne, kiedy przyjeżdża Warszawa. Kiedy natomiast przyjeżdża warszawka, to zdarzają się beznadziejne przedstawienia, ale oni po prostu w ogóle nie potrafią grać. Czy u siebie, czy na wyjeździe.

– Jak Pan spędza wolny czas?

– W domu w Ińsku nad pięknym jeziorem z ukochanym wnukiem lub w Paryżu u córki, która jest muzykiem i aktorką i jej męża – utalentowanego muzyka. Dzięki nim poznajemy Paryż od strony artystycznej. Podczas podróży mamy okazję poznawać ludzi z pierwszych stron gazet. Między innymi Jaquesa Bondon, serdecznego przyjaciela Jaquesa Brela, człowieka, który w naszej obecności odbierał nagrodę od księżniczki Karoliny Monaco. Córka Pati w konserwatorium aktorskim w Paryżu miała wykłady z Jane Birkin, którą mieliśmy okazję zobaczyć i poznać. Tutaj pewnie przyda się wyjaśnienie dla młodszych czytelników – Birkin to gwiazda kina francuskiego z lat 60., znana także z jednej z najsłynniejszych pościelówek „Je t’aime“.

– A jak Jane Birkin wygląda teraz?

– Jak aktorka Jadwiga Jankowska-Cieślak. W Paryżu mieliśmy też okazję poznać wybitnych Polaków. Zdarza się, że jemy kolację w paryskim mieszkaniu Krystyny Mazurówny, słynnej tancerki, lub Piotra Mosa, byłego dyrektora Radia France, odpowiednika naszej Dwójki. Dzięki córce, która opłaca naszą edukację w Paryżu, bywamy w operze na spektaklach Bejarta. Widziałem „Ślub“ Gombrowicza w Comedie-Francaise z Andrzejem Sewerynem. Z przyjemnością stwierdzam, że podobny kunszt i znakomitą formę obejrzałem w szczecińskim teatrze Pleciuga w wykonaniu artystów grających w spektaklu „Kubuś Fatalista i jego pan”. Czy to nie miłe drodzy państwo?

– A co z wielbicielkami?

– Pozwolę sobie sparafrazować Abla Znorko z „Wariacji enigmatycznych” E. Schmidta i powiem: „Do teatru przychodzą wielbicielki, ofiarując nam duszę, ciało i pieniądze”.

– I co robicie, panie Michale?

– Bierzemy pieniądze, resztę zostawiamy rodzinie! (śmiech)

– Zmieniając temat… Czy jakieś nałogi Pan ma?

– Nie chciałbym pani rozczarować, ale palenie rzuciłem 5 lat temu, w tym roku zamierzam odstawić słodycze, w grzechu już nie żyję, bo właśnie się ożeniłem… Po 25 latach skomlenia o rękę zostałem przyjęty!

– Serdecznie Panu gratuluję!

– Dziękuję!

– A jak wspomina Pan ślub?

– Wspaniale! Uroczystość odbyła się 4 października w USC. By powstrzymać drżenie głosu, musiałem użyć swoich aktorskich umiejętności. Później odbyło się kameralne przyjęcie w moim ukochanym teatrze przy udziale najbliższych przyjaciół. Było bardzo przyjemnie...

– A tańce i hulanki z których słynie życie aktorskie?

– Na pewno pamiętna była impreza w Czarnym Kocie Rudym, która odbyła po premierze „Latającego Cyrku Monty Pythona” w reżyserii Adama Opatowicza ze scenografią Janusza Józefowicza. Szampan lał się strumieniami! W Kocie mamy słup Zenona Laskowika (siedział pod nim kiedyś przez całą imprezę). Wokół tego słupa tańczyli wszyscy zgromadzeni, uskuteczniając tańce typu go-go, a nawet próbując zdejmować części ubrań. Na szczęście Adam Opatowicz stał na straży moralności, nie dopuszczając do pełnego striptizu! (

– Gdzie Pana można spotkać w Szczecinie?

– Oczywiście w moim ukochanym Teatrze Polskim.

– A tak żeby porozmawiać, dotknąć, autograf wziąć?

– Zapraszam do Czarnego Kota Rudego. Tu po spektaklach do późnych godzin nocnych bawimy się. Często pół prywatnie z publicznością, która przedłuża sobie wieczór.

– Niełatwo zdobyć bilety do Czarnego Kota Rudego…

– To ogromny komplement dla teatru, kiedy publiczność odchodzi od kasy z braku miejsc. To okrutne wobec ludzi, ale nas to tak cieszy! Bo to w końcu dzięki tobie drogi teatromanie płacimy za gaz, światło i raty za toster (

– Zawsze gdy przychodzę do Czarnego Kota Rudego mam wrażenie, że także aktorzy wspaniale się bawią przy pracy.

– To Adam Opatowicz stwarza taką atmosferę, dając nam radość grania. Kabaret to jego ukochane dziecko. Jedna z jego maksym to słynne powiedzenie A. Bardiniego: „Radosna zabawa w teatr. Tak mi się wydaje, bo mogę się mylić i wtedy zabawa się skończy” – prawda Adasiu…?

– Jakie ma Pan plany na 2010 rok?

– To Rok Chopinowski. Teatr Kameralny przygotowuje sztukę pisaną w Paryżu. Wezmą w niej udział artyści z Francji i Polski, ale o tym przy innej okazji. Zdradzić mogę, że nawiązaliśmy współpracę z Grażyną Barszczewską, której będę partnerował w sztuce „Przypadkowy człowiek”. Specjalnie dla Teatru Kameralnego Jerzy Gruza napisał scenariusz do przedstawienia: „Co ja tutaj robię?”. Szczególnie zapraszamy na przedstawienie „Podwieczorek przy mikrofonie”, można w nim usłyszeć premierowy skecz autorstwa zaprzyjaźnionego z nami Henryka Sawki.

– A co z odchudzaniem?

– Jestem bardzo nieszczęśliwym osobnikiem, odchudzając się tyję, ale to dlatego, że organizm wziął na poważnie semantyczne znaczenie tego słowa. Od-chudzić się to znaczy od chudego do grubego, co też czyni. Muszę więc zacząć się odtłuszczać, może wtedy organizm przestanie wrednie mnie traktować.

– Dziękuję za rozmowę.

IZABELA MAGIERA-JARZEMBEK

Przygotowanie sesji: Maja Holcman
Zdjęcia: Pann Lu

 

 

Michał Janicki
Aktor, reżyser, absolwent 4-letniego Studium Wokalno-Aktorskiego im. D. Baduszkowej w Gdyni pod dyrekcją Jerzego Gruzy. Pracował
w teatrach w Gdyni i Toruniu. Od 26 lat na scenie, w tym 16 lat w Szczecinie. Od 6 lat intensywną pracę w Teatrze Polskim z powodzeniem godzi z prowadzeniem własnej sceny – Teatru Kameralnego. Ulubieniec publiczności, która przyznała mu już trzy Bursztynowe Pierścienie i 10 nominacji. Zagrał w ponad 100 sztukach teatralnych.

Na pytanie właścicielki czy potrafię opiekować się pieskiem, powiedziałem:
„Czy mówią coś pani nazwiska Violetta Villas i Brigitte Bardot? To ja jestem trzeci!!!”
Na pytanie właścicielki czy potrafię opiekować się...
-
-
„W tym roku zamierzam odstawić słodycze...”
„W tym roku zamierzam odstawić słodycze...”
W wojsku (pierwszy od prawej na dole)
W wojsku (pierwszy od prawej na dole)
Z żoną Zofią Jankowską
Z żoną Zofią Jankowską
Kuluarowe rozmowy w garderobie z (od lewej) Jackiem Polaczkiem i Adamem Dzieciniakiem
Kuluarowe rozmowy w garderobie z (od lewej) Jackiem...
Z Adamem Dzieciniakiem w spektaklu „Kolacja dla głupca”
Z Adamem Dzieciniakiem w spektaklu „Kolacja dla głupca”
2010-01-16
powrót

Inne artykuły

Pogodynka artystyczna, czyli rola do zagrania

Mario Cordina - maltańczyk ze słowiańską duszą

Gotowa na sukces - Monika Piotrowska

© Wydawnictwo Fabryka Słowa Sp. z o.o. Wszelkie prawa zastrzeżone