
1000 kilometrów w 30 dni. Na rowerach albo pieszo. Daleko od cywilizacji. Zdani tylko na siebie. Taką wyprawę zaplanowała trójka szczecinian – Arkadiusz Ziemba, Piotr Sudoł i Zbigniew Sas. Wybór padł na Madagaskar, czerwoną wyspę znaną m.in. z książek wybitnego polskiego podróżnika Arkadego Fiedlera.
Warto było, bo to przygoda naszego życia – mówi Arek Ziemba. Mimo że od podróży minęło już kilka miesięcy, wciąż ją wspominają.
Marzenie o czerwonej wyspie
Na pomysł wpadł Arek Ziemba, na co dzień podróżujący po świecie jako pilot wycieczek. – Choć od wielu lat non stop jestem w drodze, takiej wyprawy nie zorganizowałem nigdy wcześniej – opowiada Ziemba. – Miałem dość zwiedzania, stąd pomysł na ekstremalne doznanie.
Był to bardzo ambitny plan, dlatego przygotowania prawie roku czasu. Dobór kompanów nie był przypadkowy, bo nie była to zwykła turystyczna wycieczka, tylko wyczerpująca fizycznie i psychicznie wyprawa.
– Od razu pomyślałem o Piotrze i Zbyszku. Brali udział w rowerowych rajdach ekstremalnych. Co do ich kondycji nie miałem wątpliwości. Piotrek jest nie do zajechania – śmieje się Arek. – Tak naprawdę największe obawy miałem wobec siebie – dodaje.
Jako pilot wycieczek jest perfekcyjnie przygotowany do każdego wyjazdu, tym razem nie mogło być inaczej. Już dawno zaciekawił go Madagaskar, gdy zaczytywał się w książkach Fiedlera. Postanowił sprawdzić, czy faktycznie wyspa jest taka, jak opisuje ją autor. Dopiero gdy zagłębił się w temat, zdał sobie sprawę, że o tym kraju jest bardzo mało informacji. – Przewodniki traktuję jako beletrystykę. Z nich nie dowiem się całej prawdy, tylko poznam powierzchowne dane – opowiada.
Żeby dowiedzieć się, czego tak naprawdę mogą się spodziewać na miejscu i jak komunikować się z mieszkańcami, korespondował z ludźmi z całego świata. Największą wiedzę mają misjonarze i wolontariusze, którzy spędzili tam więcej czasu niż tydzień. – Jednego z nich znalazłem w Poznaniu – mówi.
– Od niego dowiedziałem się na przykład, jakie są możliwe zagrożenia.
Przygotowania do wyprawy
Żeby połączyć trening ze zdobywaniem informacji, jeździł do stolicy Wielkopolski na rowerze. – To był najlepszy trening – śmieje się Arek. – Wiedziałem już, że mogę przejechać 300 km w jeden dzień. Oprócz tego przez pół roku codziennie jeździłem na rowerze do pracy. Żeby dać sobie wycisk, wszyscy trzej zapisaliśmy się na intensywne zajęcia ze spinningu, Piotrek na tyle się rozkręcił, że został instruktorem – dodaje.
Finałem ekspedycji miało być dotarcie do wioski Ambinanitelo fantastycznie opisywanej przez Arkadego Fiedlera. Ale celem samym w sobie była podróż przez Madagaskar.
Prawie rok opracowywali autorską trasę przez najbardziej niedostępne tereny wyspy. Przez dzikie góry i dżunglę. Chcieli poznać ostatnie miejsca na wyspie, do których nie docierają biali. Miejsca bez dróg, bez wszystkich udogodnień, które znamy z naszego codziennego życia.
Podczas przygotowań szukali przede wszystkim map, ale żadna ze współcześnie dostępnych nie była kompletna. – Przy wytyczaniu trasy korzystaliśmy ze starych pofrancuskiech dokumentów, najbardziej wiarygodnych. Ale i tak nie było stuprocentowej pewności, czy trasa jest do przejechania – wspomina Arek Ziemba.
W górach bez dróg i komunikacji nie można liczyć też na przypadkową pomoc. Aby nie zostać uwięzionym na pustkowiu i móc liczyć na gościnność mieszkańców, musieli nauczyć się podstaw malgaskiego. – Kupowałem specjalnie książki do nauki tego języka po niemiecku i angielsku. Na tych terenach można porozumieć się tylko po malgasku. W wiosce ukrytej wśród gór nie można liczyć na komunikację w jakimś innym języku – opowiada.
Podczas rocznych przygotowań jedną z ważniejszych rzeczy były ich rowery. – To im poświęciliśmy najwięcej czasu – mówi Ziemba. Szczególnie istotny był też ekwipunek. – Na koniec targowaliśmy się w teamie o każdy gram bagażu – śmieje się.
Ostatecznie w jednokołowych przyczepkach znalazł się zestaw do naprawy rowerów, zapas akumulatorów, lekarstwa, mikroskopijne kosmetyki, napoje izotoniczne, batony energetyczne, lustrzanka i najmniejsze śpiwory świata. Także jeden dwuosobowy namiot musiał wystarczyć im trzem. – Z jednej rzeczy mogłem zrezygnować, z dodatkowego obiektywu – dodaje. – Ale reszta bardzo się przydała.
Trasa, którą wybrali, prowadziła ze stolicy przez najrzadziej zaludnione tereny na wyspie. Żadnych dróg, miejsca, o których nikt nic nie wiedział. – Eksperci od Madagaskaru mówili, że tu nawet lemury zawracają – mówi rozbawiony Arek. Byli zdani tylko na siebie, bo w tej części kraju nie działa żaden wolontariusz, żaden misjonarz.
Zdani tylko na siebie
Jedne z pierwszych skojarzeń to glina, mętne, gorące błoto i trucht przez dżunglę z rowerami na ramionach. Ale gdy opada zmęczenie, tuż po nich wyłaniają się też inne przeżycia, jak eksplozje malgaskiego śpiewu i tańca oraz zwierzęta i rośliny niewystępujące nigdzie indziej na świecie.
– Pierwszego dnia trasy zostaliśmy pożegnani przez tłum miejscowych łącznie z biskupem z niedalekiej Ambatondrazaki. Nie wiedzieliśmy, dlaczego wyprawa wzbudza takie zainteresowanie, ale po trzecim dniu wszystko się wyjaśniło – opowiada Arek. – Teren stał się całkowicie bezludny, nawierzchnia jak na Księżycu, rozpadliny, głazy, wyerodowane dziury w ziemi – dodaje.
Trasę poprowadzili ze stolicy na północ. Przez najmniej poznane tereny na wyspie, praktycznie nieodwiedzane przez białych. Nawigowali za pomocą mapy i kompasu.
Pierwsze chaty
Po tygodniu w górach osiągnęli Mandritsara, jedyne miasteczko na trasie. – Trafiliśmy akurat na coroczny festiwal, więc z oddalonych wiosek przybyły tu tysiące ludzi. To była prawdziwa eksplozja śpiewu i tańca. Gdy Malgaszki zaczęły tańczyć, wiele szczęk opadło z wrażenia na ziemię, także nasze – śmieje się Arek.
W Mandritsara zdążyli trochę naprawić swoje rowery i podjeść. Na Madagaskarze podstawowym pożywieniem jest ryż i rano nampango, czyli woda po ryżu, dlatego po tak monotonnych i mało kalorycznych posiłkach opychali się tutaj makaronem. Musieli najeść się na zapas, bo przez następny tydzień czekały na nich góry. – Gdy zobaczyliśmy jakiekolwiek zwierzę, pierwszą myślą było, żeby je zjeść – mówi Arek. – Teraz mogę się śmiać z tego, że Zbyszek, nasz restaurator, objadał się kurczakiem. Tylko ich kurczak to same ścięgna i kości, nasz polski przy nim to grubas – wspomina. -Malgaskie kurczaki są często pozbawione mięsa.
Spięcie z szefem wioski
Niebezpiecznie było, gdy pojawili się o zmroku w jednej z kolejnych wiosek. – Myślałem o najgorszym scenariuszu, bo gdy tam dotarliśmy, wzięli nas za białych czarowników – opowiada. Należy tam koniecznie docierać do wiosek przed zmrokiem, bo Malgasze wierzą mocno w duchy przodków i są bardzo przesądni. Zły biały czarownik może rzucić klątwę, zabrać kości z grobu czy ukraść dziecko. Żeby zdobyć ich sympatię, trzeba się mocno napracować.
– Przyniosłem do szefa wioski rum i choć po długiej drodze byłem bardzo zmęczony, jak najpiękniej umiałem – wytłumaczyłem cel naszej podróży. Niestety nie chcieli nas w tej wiosce, a z drugiej strony nie chcieli nas z niej wypuścić– dodaje.
Atmosfera zrobiła się nieprzyjemna i młodzi chłopcy stali się wobec intruzów bardzo agresywni. Dyskusja o tym, czy mogą spać w wiosce, trwała prawie do świtu. – Sytuację dopiero rozładował Piotr, który zaczął robić zdjęcia telefonem komórkowym. Wtedy wygrała ich ciekawość i napięcie na chwilę zniknęło – wspomina. Po następnej godzinie zdecydowałem się na tradycyjną, oficjalną przemowę do miejscowych. Zrobiło im się niewyraźnie i powoli się rozeszli.
Jednak była to najkrótsza noc na trasie. Od razu jak tylko zaczęło wschodzić słońce, ruszyli dalej.
– Kolejne wspomnienia z tamtego tygodnia to tylko góra, dół, góra, dół. Na odcinku ośmiu kilometrów ten sam scenariusz. Góra, koszmarny zjazd na hamulcach 300 metrów w dół do bagna, przeprawa i 300 metrów w górę. Wyciskanie kierownicy, wciąganie roweru na górę – opowiada Arek Ziemba.
Do tego oprócz niewiarygodnych obciążeń fizycznych musieli uważać na pchły błotne, które pod paznokciami składają swoje jaja. – Na Madagaskarze nie ma dzikich niebezpiecznych zwierząt, najgroźniejsze Kolejny przystanek to Matsoandakana, tam mogli odpocząć pół dnia przed kolejną przygodą. Dżunglą.
Powitanie dżungli
Cztery dni w górzystej, dziewiczej dżungli to brodzenie strumieniami, strome podejścia, przeciskanie się szczelinami wyżłobionymi przez ulewy.
– Przy akompaniamencie stad lemurów balansowaliśmy z rowerami. Bywało, że brnęliśmy na kolanach pod konarami. Tu udało nam się naprawdę zmęczyć – wspomina.
Żeby dotrzeć do celu, czyli Ambinanitelo, które leży blisko wybrzeża, trzeba wytracić wysokość.
– Nie dało się normalnie jechać, a ból przy zakładaniu ramy na ramię był zbyt silny. Lepiej się czołgać niż masakrować ramiona – opowiada Arek. – Odcinki były tak trudne, że myśleliśmy, że po tym podejściu czy zejściu musi być lżej. A było gorzej, ciężej, tak bez końca. Jak patrzyłem na chłopaków, widziałem obłęd w ich oczach – wspomina.
Na koniec zsunęli się po stoku 800 metrów w dół przed dżunglę. Dotarli w jednym kawałku, po śliskich konarach i kamieniach.
Obawiali się na tej wyprawie dwu rzeczy: kontuzji i tego, czy wspaniale opisywane przez Fiedlera miasteczko Ambinanitelo ich nie rozczaruje. – To, co zobaczyliśmy, przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Ambinanitelo było warte tej wyprawy – mówi zadowolony Arek.
UCZESTNICY WYPRAWY:
Zbigniew Sas – restaurator ze Szczecina, członek zespołu Navigator Szczecin, startuje w rajdach przygodowych
Arek Ziemba – od 10 lat jest rezydentem i pilotem wycieczek turystycznych, pomysłodawca wyprawy naMadagaskar; mawplanach ekspedycję na Papuę
Piotr Sudoł – właściciel firmy sprzedającej meble, instruktor spinningu i uczestnik rajdów adventure race
Więcej o wyprawie na www.madagaskar- -extreme.com