Moda

Coś za coś

Mężczyźni na te spotkania nie mają wstępu. Pewnie dlatego nazywają je „zlotem czarownic”.

Mężczyźni na te spotkania nie mają wstępu. Pewnie dlatego nazywają je „zlotem czarownic”. „Sabat” odbywa się nieregularnie, bo trudno zgromadzić w jednym miejscu o jednej porze zajęte „czarownice”. Tym razem jednak się udało. I to w jakim składzie!

„Sabat“ odbył się jednak nie na Łysej Górze, ale na szczecińskich Gumieńcach, w przepięknym domu Magdaleny Gonciarz-Gołębiewskiej. Pewnego jesiennego wieczoru sześć kobiet wymieniało się tam ciuchami… i plotkowało o nowinkach modowych.

Co ciekawe, owe panie spędzają ze sobą mnóstwo czasu, bo pracują razem w szczecińskim oddziale Telewizji Polskiej. Ale to i tak za mało. Odkąd się poznały, regularnie spotykają się także poza pracą. Bo autentycznie lubią się i przyjaźnią. Łączy je też fascynacja modą. I jeszcze jedna rzecz: w ich szafach „wiszą” miłości nieodwzajemnione, czyli ciuchy, które w sklepie wywoływały euforię, apotem okazywało się, że nijak nie pasują. Właśnie nimi postanowiły się powymieniać.

I tak na wspólnąkupkę trafiły bluzki, żakiety, spodnie, czapki, a nawet  torebki, w większości z metkami i pachnące nowością. Było w czym przebierać, bo każda z kobiet ma swój styl i zna liczące się modne adresy. Przed Joanną Fajfer Berlin nie ma tajemnic. Magdalena Gonciarz-Gołębiewska garderobę uzupełnia w Stanach, gdzie ceny markowych ciuchów są wyjątkowo atrakcyjne, a Marta Łaźniowska dwa razy do roku lata do Londynu i buszuje po Oxford Street i Notting Hill. Agnieszka Vanhoefen po ekstrawaganckie buty jeździ do Hamburga, a Joanna Leszczyńska-Pankrac z wakacji spędzanych we Włoszech i Francji przywozi zawsze coś oryginalnego. Ale żeby tym razem uniknąć wpadek... na spotkanie przyszła Agata Chacińska.

To kobieta, która wie, co w modzie piszczy. Surowym spojrzeniem oceniała jak leżą nowe nabytki i radziła: „tu przydałby się pasek, najlepiej duży, ale nie czarny; te spodnie nie leżą najlepiej, weź spódnicę; ta długość ci nie pasuje, tak to twój kolor”. Po wymianie i doskonałej zabawie, której towarzyszyły triumfalne okrzyki radości, nastąpiło podsumowanie: każda z urodziwych czarownic znalazła coś dla siebie i tym samym wprawiła się w dobry nastrój, bo nic tak nie cieszy kobiety, jak nowy ciuch! A fatałaszki, które nie znalazły chętnych, trafią do Caritasu. Clothing swap, czyli wymiany ciuchów, odbywają się na całym świecie. Do Polski dotarły stosunkowo niedawno. Najgorętszym miastem ciuchowych szaleństw jest Warszawa.

I to jak na stolicę przystało – na dużą skalę. Tu wynajmuje się salę i wywiesza plakaty: Wielka Wymiana Ubrań, Butów i Wszelkich Dodatków. Spotyka się nawet kilkadziesiąt kobiet. Panuje jedna zasada: ciuchy muszą być czyste i w dobrym stanie. Po Warszawie bakcyla połknęły Wrocław, Łódź i Poznań. Wymiany odbywają się także przez internet. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę "wymiana ciuchów“ i znajdujemy profile osób chętnych do „zabawy“. Profesjonalni wymieniacze mają na swoich stronach zdjęcia ciuchów i opisy, jak stali się posiadaczami konkretnego fatałaszka.

Clothing swap (w bardzo wolnym tłumaczeniu „odzieżowe coś za coś”) ma też swoją ekologiczną stronę: ciuchy trafiają w obieg, a nie do śmieci i nie zalegają na wysypiskach. Wymiana ciuchów i promowanie tzw. drugiego obiegu to nie tylko nowy ekotrend w modzie. To także trend towarzyski. Szczególnie atrakcyjny dla fashionistek-amatorek. I bardzo ekonomiczny, bo te ciuchowe szaleństwa nie kosztują nas fortuny. MARGE S.

2008-12-16
powrót
© Wydawnictwo Fabryka Słowa Sp. z o.o. Wszelkie prawa zastrzeżone