Styl życia

Zimnoluby bałtyckie

-

Leczy choroby górnych dróg oddechowych, skutecznie zwalcza zwyrodnienia kręgosłupa i stawów, a nawet potrafi cofnąć nowotwór. To lekarstwo dostępne jest powszechnie i do tego bez recepty. Nazywa się zimowa kąpiel w morzu. Albo w przerębli.

Kiedy w dowolną wyszukiwarkę internetową wpisze się słowo „mors”, okazuje się, że jest ono bardzo popularne. Pod tą nazwą można znaleźć hurtownie, chłodnie, radio, pistolet, lodołamacz, a nawet alfabet. Dwa znaczenia są także najbardziej oczywiste: ssak morski i zwyczajowe określenie miłośników morskich zimowych kąpieli.

Wszyscy zapewne mniej więcej wiedzą jak wygląda mors, ale trudniej byłoby znaleźć w głowie kilka określeń tego zwierza. Niech będą to: drapieżnik, bardzo ciężki, wąsaty, z kłami podobnymi do ciosów słonia.

Jeśli nie potraktujemy tych cech jak epitetów, to (poza ostatnią) pasują one do niektórych morsów z gatunku homo sapiens. Ale te morsy są zdecydowanie bardziej różnorodne – począwszy od rozmiarów, przez wiek, aż po wygląd i zainteresowania.

Do pewnego momentu trudno było te różnice ocenić. Aż nadszedł czas „zlotywania” się morsów z całego kraju do Mielna.

Pierwsi śmiałkowie

Pojedynczych morsów obserwatorzy mieleńskiej plaży zauważyli pod koniec lat 90. ubiegłego stulecia. Dla niekąpiących się byli sporym wydarzeniem, by nie powiedzieć łatwym obiektem do stukania się w głowę. Hilary Kupsch, wówczas redaktor naczelny „Gazety Mieleńskiej”, pierwszych zimowych pływaków spotkał w 2002 roku podczas spaceru z psem. Było bardzo zimno i do tego jeszcze zacinał deszcz. Spotkani okazali się lekarzami z Koszalina. Ale nie byli jedyni.

Jednymi z pierwszych kąpiących się zimą w Mielnie byli Ryszard Waluś, Janek Zaleski i Kazimierz Stoltman, który regularnie wchodzi do zimowej wody już od 14 lat. Jest też jednym ze starszych morsów – ma 63 lata.

– Przez kilkanaście lat przyjeżdżałem w lutym na urlop do Unieścia. I któregoś razu postanowiłem zmierzyć się z Bałtykiem – wspomina pan Kazimierz, członek koszalińskiego klubu morsów Posejdon. – Zaczynałem od wchodzenia po kostki i po kilku dniach zanurzałem się już cały. Na wszelki wypadek, żeby nie wyzywano mnie od wariatów, robiłem to po ciemku, o szóstej rano – śmieje się.

Morsy przekonują, że to, co robią, nie jest niczym niezwykłym.

– Zawsze czułem w sobie wielką chęć zimowego zanurzenia – mówi Sylwester Zalewski, prezes Posejdona. – I wbrew temu co sądzą niektórzy, to nie jest wcale jakiś wielki wyczyn. Wystarczy się spotkać z innymi morsami, zrobić rozgrzewkę i to wszystko. Jedyna blokada, jaką należy pokonać, znajduje się w umyśle – przekonuje Zalewski.

Dodatkową zachętą dla kąpiącego się jest podobna temperatura wody i powietrza.

– Do swoistego szoku termicznego łatwiej może dojść latem – przekonuje Mariusz Konfisz, również członek koszalińskiego klubu. – Teraz są świetne warunki do kąpieli, kiedy temperatura powietrza to plus minus 5 stopni, a wody od 0 do minus 2. Latem ta różnica wynosi czasem nawet 15 stopni.

Morsy się organizują

Za sprawą ogłoszenia w „Głosie Koszalińskim”, w którym Ryszard Waluś namawiał do kąpania się w niedzielę o godzinie 12, chętnych do zimowych morskich kąpieli zaczęło przybywać. Po dwóch-trzech latach koszalińskich morsów było już ponad dwudziestu. Zaczęły powstawać kluby. Jako pierwszy na naszym terenie powstał koszaliński klub Posejdon, a z czasem kolejne w Postominie, Białogardzie, Mielnie i Kołobrzegu. Dziś pewnie trudno zliczyć wszystkie działające w Polsce, ale podczas ostatniego zlotu w Mielnie było ich 57. Morsy przybyły ze 198 miejscowości. Najstarszy z nich miał 81 lat, a najmłodszy siedem.

Pomysł cyklicznych zlotów morsów narodził się w mieleńskim Florynie, w którym zimnoluby po wyjściu z Bałtyku spotykały się na gorącej herbacie. Idea spodobała się władzom gminy i odtąd senne i wyludnione zimową porą Mielno zaczęło przez dwa dni tętnić życiem.

– Pierwszy zlot w 2004 roku przygotowaliśmy w miesiąc – wspomina Hilary Kupsch, redaktor kwartalnika „Mors”. – Tempo iście ekspresowe, ale udało nam się zachęcić do przyjazdu do Mielna 122 osoby. Ta liczba rosła bardzo szybko, tak aby na ostatnim, tegorocznym spotkaniu osiągnąć blisko półtora tysiąca uczestników.

Bez specjalnej przesady można stwierdzić, że mieleńska impreza ma duży wpływ na rozwój zainteresowania tą ekstremalną formą rekreacji. Mówią o tym niemal wszyscy pytani uczestnicy ostatniego zlotu.

– Każdego roku pojawia się tu kilkaset nowych osób – mówi pan Hilary – a czujemy się jakbyśmy się znali od zawsze. Morsy to wspaniali ludzie.

Zalety bycia morsem

Głównym argumentem za morsowaniem, podkreślanym przez wszystkich kąpiących się, jest zdrowie. Oczywiście są przeciwwskazania. Kąpiele odradzane są osobom z arytmią serca, miażdżycą, odmrożeniami i zmianami skórnymi.

Do swojej pierwszej kąpieli warto się przygotować. Można to robić nawet w domu, zanurzając się w wannie z zimną wodą. A tuż przed kąpielą niezbędna jest rozgrzewka, co najmniej kilkunastominutowa. Natomiast sama kąpiel nie powinna przekraczać kilku minut, choć są rekordziści – np. Jerzy Krzciuk, 70-latek z Kluczborka, który w wodzie o temperaturze minus 7 stopni spędził 18 minut i 52 sekundy.

– Przez to, że od 10 lat kąpię się codziennie, zachowałem znakomite zdrowie, bo prawie nie choruję i nie przeziębiam się i mam dobrą kondycję – mówi pan Jerzy. – Wcześniej chorowałem prawie każdej zimy a teraz mam w sobie witalność młodego człowieka.

I lekarze, i praktycy przekonują, że zimne kąpiele są o wiele zdrowsze od ciepłych, gdyż pobudzają organizm, zwiększają jego odporność oraz metabolizm. Ale to nie jedyne zalety takich kąpieli. Poprawiają one jeszcze krążenie, uelastyczniają mięśnie oraz działają korzystnie na psychikę. Zimne kąpiele uśmierzają ból oraz dają poczucie radości i swobody, ponieważ w trakcie ich zażywania uwalniają się betaendorfiny, mające działanie podobne do morfiny. Ale łagodzą one nie tylko ból fizyczny, również ten psychiczny, bowiem pomagają łagodzić stany depresyjne wywołane nadmiarem pracy, przemęczenie oraz stresem. Jest to więc idealne rozwiązanie dla tych, którzy ciągle narzekają na swoje zdrowie, ale nie potrafią znaleźć skutecznego remedium na problemy ze złym samopoczuciem czy wiecznym przemęczeniem.

– Miałem dość uciążliwe kłopoty ze zwyrodnieniem kręgosłupa – mówi Robert Czachorowski z klubu Posejdon. – Kąpię się niecałe dwa lata i z ręką na sercu mówię, że te dolegliwości zupełnie ustąpiły.

– Mnie do kąpania namawiał ojciec – wspomina Mariusz Konfisz. – Migałem się kilka lat, mówiąc, że muszę się zahartować. Ale kiedy już posmakowałem bycia morsem, czekam z niecierpliwością na każdą niedzielę. Czuję się trochę jak człowiek uzależniony od endorfin – śmieje się Mariusz.

Rekordowe morsy

Jak zapewnia Hilary Kupsch, morsy to ludzie, których łączą wspólne cechy.

– Siła woli, konsekwencja i radość ze wspólnej zabawy w zimnej wodzie – wylicza pan Hilary. – Myślę, że to elementy, które można znaleźć u większości morsów.

Sylwester Zalewski dodaje do tego jeszcze solidarność, wrażliwość i radość życia.

Dowodem na to że to działa jest niewątpliwie mieleńska impreza, w tym roku jeszcze bardziej atrakcyjna – odsłonięty został pomnik morsa, funkcjonował Pałac Ślubów (podczas zlotu odbyło się ponad 70 ceremonii – małżeństwa były ważne tylko na terenie gminy i tylko w czasie trwania imprezy), odbyła się barwna parada zlotowiczów, niezwykle poprzebieranych, i w końcu najważniejsze: ustanowiono nowy rekord Guinnessa pod nazwą „Największe zanurzenie Misiów Polarnych” – w lutowym Bałtyku równocześnie zanurzyło się 1473 uczestników złotu. Poprzedni rekord ustanowiło 579 osób rok temu w Nowym Jorku.

Co by nie mówić, to świetny i niebanalny sposób na promocję regionu i zdrowego stylu życia. Chyba długo trwałoby poszukiwanie człowieka, który widział prawie półtora tysiąca ludzi zanurzonych w jednym miejscu w Bałtyku w czasie letnich wakacji.

 

Kuba Grabski

-
-
2010-03-24
powrót
© Wydawnictwo Fabryka Słowa Sp. z o.o. Wszelkie prawa zastrzeżone