Temat z okładki

Plastelinowa Iza

Plastelinowa Iza

 

Koszalinianka z urodzenia, berlinianka z wyboru. Za film „Jam session” otrzymała nagrodę Srebrnego Niedźwiedzia na festiwalu filmowym w Berlinie w 2005 roku. Obecnie swoją dystrybucję kinową rozpoczyna ostatnia jej produkcja „Esterhazy” o królikach żyjących w pilnie strzeżonym pasie zieleni między Berlinem Wschodnim i Zachodnim w 1989 roku. Film nakręciła na podstawie popularnej w Niemczech książki dla dzieci pod tym samym tytułem. Dostała ją od Bartka Konopki, którego dokument „Królik po berlińsku” kandyduje do Oskara 2010. Oba filmy będą pokazywane teraz na ekranach całej Europy i nie tylko. Film Bartka pokazuje normalnych bohaterów, Izy Plucińskiej – plastelinowych.

Najczęściej jest tak, że jak się jest dzieckiem lub młodzieżą, to trudno przewidzieć, kim się zostanie w przyszłości. Iza na przełomie tych dwóch etapów życia pasjonowała się pływaniem. Uprawiała więc kulturę, ale raczej tę fizyczną.

Pod koniec szkoły podstawowej plastyki zaczęła ją uczyć nowa, młodziutka nauczycielka – Gabrysia Kapela.

– To dzięki niej zaczęłam interesować się rysunkiem i malarstwem – mówi Iza. – Gabrysia dojrzała we mnie coś na kształt talentu i zaczęła go wykuwać także w czasie zajęć w ognisku plastycznym. Zajęcia z nią były fantastyczne, bo nie dość, że nas motywowały, to ich istotą była prawdziwa więź między nauczycielem i uczniami. Bardzo się lubiliśmy – uśmiecha się Iza. Gabrysia, obecnie Śmierzewska, do dziś przyjaźni się z Izą. Mówi o niej, że jest osobą, która ma w sobie takie wewnętrzne ciepło, które powoduje, że trudno jej odmówić. A do tego ma w sobie pasję tworzenia.

Edukacja artystyczna

Nagle stało się oczywiste, jaki kierunek obierze dalsza edukacja przyszłej reżyser filmów animowanych. Średnie wykształcenie zdobywała w koszalińskim Liceum Plastycznym na kierunku aplikacja, czyli tkanina, co było o tyle istotne, że dalszym ciągiem mogły być studia tylko na wydziale tkaniny łódzkiej Akademii Sztuk Pięknych, gdzie Iza dostała się za pierwszym podejściem. Jak dziś wspomina, było to przełomowe miejsce i czas, bo już bez rodziców, no i w nowym mieście.

Łódzka Akademia jest szkołą olbrzymią i wydział tkaniny i ubioru połączony jest z wydziałem malarstwa i grafiki. Domeną Izy Plucińskiej była wówczas tkanina i druk na niej. Dość szybko okazało się, że to zawód, który trąci myszką. Zaczynała się druga połowa lat 90. i łódzki przemysł włókienniczy zaczął plajtować, więc nie było raczej perspektyw na znalezienie pracy w tej branży. Po drugim roku ASP Iza zdała do słynnej łódzkiej filmówki na animację.

– To był absolutnie wariacki czas – wspomina Iza. – Zdawałam egzaminy z historii sztuki i filozofii i równocześnie egzaminy wstępne do szkoły filmowej. Bywało, że spóźniałam się na niektóre z nich nawet godzinę, ale jakoś mi to wybaczano – śmieje się.

Pytana, co zaważyło na jej przyjęciu do tej elitarnej i słynnej w świecie szkoły za pierwszym podejściem, mówi, że szczerość. Pojawiła się na egzaminie jako osoba świadoma swoich umiejętności malarskich i po otwarciu teczki z pracami urządziła na korytarzu szkoły wystawę. Oprócz tego, że studiowała na ASP, interesowała się teatrem, baletem i tańcem współczesnym. Na egzaminie usłyszała wiele pytań dotyczących tego, kim jest i czym się interesuje. Wtedy też przyznała się, że wie o istnieniu artystycznej animacji dla dorosłych, ale filmy jej wybitnych twórców – np. Jana Lenicy czy Daniela Szczechury – praktycznie nie istniały wówczas w polskiej telewizji, więc ich nie znała.

Przez kolejne trzy lata miała podwójne sesje egzaminacyjne i pewnie z powodu tej ilości nie przejmowała się zbytnio tym, jak sobie poradzi – i dlatego sobie właśnie radziła.

Jak wspomina Bożena Lwowska, jej druga nauczycielka plastyki, oprócz niezwykłej inteligencji i wrażliwości cechuje ją duża ambicja.

– Dla Izy tworzenie to życie. Dzień bez lepienia plasteliny to dzień stracony – mówi pani Bożena.

Nie do końca efektywne polskie uczelnie

Dzisiaj Iza Plucińska uważa polski system kształcenia studentów w szkołach artystycznych za przestarzały i nie do końca efektywny. Świadczy o tym znikoma liczba czynnych artystów, którzy kończyli te uczelnie. Do tego Iza ma porównanie jak to wygląda na Zachodzie – od dobrych kilku lat mieszka w Berlinie. Polscy studenci mają znacznie mniejszą możliwość wyboru. Ci którzy ich uczą, rzadko trafiają na swoje stanowiska w wyniku konkursów. Zdaniem Izy trudno trafić na pedagogów, którzy potrafią zainspirować młodego człowieka i wskazać mu kierunki działania w przyszłości. Jej trafiło się ich zaledwie kilku. Wśród nich wymienia asystenta na wydziale grafiki ASP Wiesława Przyłuskiego i Piotra Dumałę, wybitnego reżysera filmów animowanych, z którym zetknęła się w filmówce.

Ten drugi jeździł wówczas dużo po świecie, gdzie na wielu festiwalach pokazywał swoje dzieła i przywoził do Łodzi bardzo dużo fantastycznych filmów, o których godzinami toczyły się rozmowy. Był dla studentów prawdziwym profesorem-artystą. Na spotkanie z nim często trzeba było czekać po kilka godzin. Ale było warto.

Na uczelni najważniejsi są jednak studenci. Kontakt z ich wrażliwością i indywidualnością to prawdziwa szkoła życia. Z wieloma znajomymi ze szkoły filmowej Iza utrzymuje do dziś przyjacielskie kontakty. Z niektórymi pracuje przy swoich filmach. Wśród nich są: reżyserka teatralna Justyna Celera, z którą Iza konsultowała każdy scenariusz, z wielokrotnie nagradzaną za swój debiut „Dotknij mnie” Anią Jadowską pisały scenariusz „Esterhazy’ego”, Leszek Dawid i Sylwester Jakimowicz, absolwenci wydziału reżyserskiego, zawsze służą Izie pomocą, ona także konsultuje ich krótkometrażowe produkcje. Przyjaciele filmowi są bardzo ważni, bo filmy Izy Plucińskiej to coraz bardziej praca zespołowa.

Przeprowadzka do Berlina

Berlin, nawet przez te osoby, które tam nigdy nie były, postrzegany jest jako tętniące życiem międzynarodowe miasto, pełne niezwykłych wydarzeń kulturalnych. Taki trochę europejski Nowy Jork. Kiedy Iza dostała stypendium w Berlinie, przyjechała tam pociągiem, już po skończeniu studiów pod koniec 2002 roku. Wybrała obczyznę, bo w Polsce był taki czas, kiedy dla absolwentów filmówki nie było żadnego sensownego zajęcia.

Pierwotnie miała studiować w zaprzyjaźnionej z łódzką uczelnią szkole w Ludwigsburgu, ale dostała stypendium z Niemieckiej Centrali Wymiany Akademickiej i rozpoczęła kształcenie w szkole filmowej im. Konrada Wolfa w Poczdamie Babelsbergu (teraz w tej właśnie szkole zaczęła prowadzić zajęcia z animacji dla studentów).

Od razu bardzo jej się tam spodobało, bo system kształcenia znacząco różnił się od tego, co spotkało ją w Polsce. W Łodzi nastawiano się na stworzenie artysty, a w Poczdamie na rzetelne wykształcenie profesjonalisty. Niemiecka uczelnia miała i ma wymarzone warunki do nauki. Tam nikt niczego nie udaje i nie opuszcza zbędnych zajęć, bo takich po prostu nie ma. Każdy ma swój stół do pracy, uczy się tam tworzenia tła i backgroundów do filmów animowanych, co jest rzeczą naprawdę trudną. Duży nacisk kładzie się tam na animację typu disneyowskiego. Uczą tam ludzie, którzy pracują na co dzień w tym zawodzie. Mimo że są zatrudniani na kilkuletnich kontraktach i wciąż się zmieniają, to relacje między studentami a nauczycielami są zgoła inne niż w Polsce. Tam je się wspólne posiłki i wszyscy są ze sobą po imieniu, a szkoła dla wszystkich stoi otworem niemal całą dobę.

– Ma w swoich zasobach świetnie wyposażoną bibliotekę i filmotekę – rozmarza się Iza Plucińska. – Często wynosiłam stamtąd po kilkadziesiąt pozycji i godzinami je przyswajałam.

Książka czy film?

Odwieczny dylemat filmowców, szczególnie zajmujących się animacją dla dorosłych, to pytanie o to, co jest ważniejsze – opowieść czy strona plastyczna produkcji.

– Dla mnie ważniejszy jest scenariusz niż wizualny efekt – mówi Iza – i może stąd często sięgam po jakieś adaptacje książek albo sztuk teatralnych. Są oczywiście animacje, które bazują na obrazie, ale mnie zdecydowanie bardziej interesuje opowiadanie historii, co w animacji jest niezwykle trudne.

Swój nagrodzony na Berlinale film „Jam session” oparła na sztuce teatralnej Macieja Z. Bordowicza. Ostatni „Esterhazy” powstał na podstawie książki Irene Dische i Hansa Magnusa Enzensbergera. Trzeba przyznać, że to dość specyficzne podejście. W końcu Iza nie kończyła polonistyki, tylko ASP. Jak ten dylemat sprawdza się na ekranie, czytelnicy „Prestiżu” będą mogli się przekonać w lutym. Koszaliński Dyskusyjny Klub Filmowy „NonPopcorn” planuje przegląd filmów Izy Plucińskiej (jest ich już dziewięć) z udziałem autorki. Dopiero wtedy będzie można docenić prawdziwy talent naszej animatorki, która bardzo lubi tę swoją trudną, wielomiesięczną pracę. A cała masa nagród, które otrzymała na wielu festiwalach nieomal na całym świecie, dowodzi, że nie jest w tym uczuciu osamotniona.

Tworzywo filmowe

Zapewne nie wszyscy miłośnicy animacji mają świadomość, jak żmudna jest to praca. Czasem ujęcie, które na ekranie trwa jedną sekundę, realizuje się wiele godzin. Nawet jeśli, tak jak Iza, używa się niezwykle plastycznego tworzywa, czyli plasteliny. Żeby zobrazować całość trudu, wystarczy powiedzieć, że 24-minutowy „Esterhazy” powstawał ponad trzy lata i do jego produkcji zużyto ponad 150 kg plasteliny. Dlaczego plastelina?

– Wszystko zaczęło się w ASP, gdzie dużo rzeźbiłam z gliny – wspomina Iza Plucińska. – A że przy animacji, która mnie w końcu pochłonęła, było to bardzo niepraktyczne, glinę zamieniłam na plastelinę. Już przy produkcji pierwszego filmu okazało się, że kiedy się ją maluje i oświetla pod kamerą, efektem jest coś, co przypomina obraz olejny. To tworzywo łatwo zmieniające się pod palcami, uzupełnione o naturalne dźwięki: szelesty, kroki, dźwięk czytanej gazety daje niesamowity efekt. Reżyser czuje się trochę jak stwórca, który tworzy zupełnie nowy świat, nowe realia. Pierwszą pracę filmowo-plastelinową Izy zobaczył jeszcze w filmówce Piotr Dumała i stwierdził, że musi ona pozostać przy tej technice. I tak się stało.

Iza zaczęła od płaskorzeźby, aby z czasem przejść do wieloplanu, gdzie plastelinowe figurki kładzie się na dwóch – trzech szybach z kamerą nad nimi i światłem z boku. Dzięki tym szybom możliwe jest stworzenie perspektywy – na każdej z nich kładzie się inny element scenografii. Kolejna zasada jest taka, że lalki są bez konstrukcji, czyli przeciwnie niż np. Wallace i Gromit, one leżą na szybie i są podatne na kształtowanie.

– Powoduje to pewne ograniczenia – mówi Iza Plucińska – ale ja je lubię. Patrzę sobie na plan akcji z góry, jak na teatralną scenę. Bardzo polubiłam pracę z plasteliną. Mogę z niej zrobić wszystko, co sobie wymyślę. Oczywiście ostatnio coraz częściej pomagamy sobie komputerem, używając różnego rodzaju efektów, np. blue boxa (technika umożliwiająca zmianę tła na dowolne) i dzięki temu mogę uzyskać większą dokładność. Z pewnym żalem jednak odchodzę od swoich pierwszych, bardziej artystycznych prac – zamyśla się.

O czym robić filmy?

Co najmniej od czasów „Rejsu” Marka Piwowskiego wiemy, że polskie filmy są nudne, dialogi słabe, aż się normalnie chce wyjść z kina. Trudno się z tym nie zgodzić. Wielką bolączką filmowców znad Wisły jest brak dobrych albo mnogość złych scenariuszy.

Ponieważ nasza bohaterka zdecydowanie dużą wagę przykłada do opowiedzenia historii, żeby nie słyszeć zarzutów na temat scenariusza, pracuje właśnie nad trzecią w swoim dorobku adaptacją. Tym razem będzie to „Josette ” Eugene Ionesco.

Wcześniej Iza długo szukała inspiracji literackiej do swojego nagrodzonego Srebrnym Niedźwiedziem „Jam Session” i po dość intensywnej pracy wraz z Justyną Celerą napisała scenariusz, będący autorskim skrótem dramatu Macieja Z. Bordowicza. Z kolei ostatnia praca o królikach była wynikiem spotkania z Bartkiem Konopką, który podarował jej książkę, będącą także dla niego inspiracją do nakręcenia dokumentu. W grudniu w kinach będzie można zobaczyć oba filmy o berlińskich królikach, które spokojnie żyły sobie na granicznym pasie zieleni między wschodnim i zachodnim Berlinem.

Taka wieloletnia praca nad filmem wymaga, żeby idea, która wynika ze scenariusza, była aktualna przez cały okres produkcji, żeby nie blakła po kilku miesiącach. I czasem zdarza się, że powodem robienia filmu jest jakiś obraz, kilka nut jakiejś muzyki albo wręcz jedno zdanie. Potem potrzebna jest długa praca nad historią i dialogami.

„Esterhazy” to film niezwykły także z powodu nagrania niemieckiej i polskiej ścieżki dialogowej. Do tej drugiej udało się zaprosić prawdziwe gwiazdy. Króliki i ludzie mówią głosami między innymi: Macieja Stuhra, Marii Peszek, Wiktora Zborowskiego, Roberta Więckiewicza, Romy Gąsiorowskiej, Borysa Szyca, Krzysztofa Kowalewskiego, Bohdana Łazuki czy Zbigniewa Zamachowskiego! Iza, obecna przy tych nagraniach, była pod wrażeniem całego wachlarza interpretacji tekstu, jakiego używali aktorzy, czasami mówiący zaledwie kilka słów.

Po co się robi filmy?

W dzisiejszych czasach jeśli pracuje się w mediach – to liczy się atrakcyjne opakowanie, dużo szumu informacyjnego (Iza jest autorką plastelinowej reklamówki ostatniego Warszawskiego Festiwalu Filmowego, który pokazywały kina i stacje TV w całej Polsce) i oczywiście nagrody. Iza Plucińska za swój najgłośniejszy jak dotąd film „Jam Session” dostała już ponad dwadzieścia nagród. Niektóre z nich były nagrodami finansowymi, inne tylko prestiżowymi. Ale i jedne, i drugie bardzo ułatwiają pracę w tej branży. Pieniądze dają szansę na realizację kolejnych pomysłów, a prestiż ułatwia rozmowy na temat pozyskiwania kolejnych środków.

Z tymi nagrodami jest zresztą bardzo różnie. Często jest to wynik szczęścia. Nie zawsze najlepsze filmy są zauważane. Czasami artysta wie, że zrobił lepszy film, ale tym razem nagrody nie dostał, bo udało się to komuś, kto miał więcej szczęścia. Wszystko to jest spowodowane nadprodukcją światową – nie tylko jeśli chodzi o filmy, także o muzykę czy modę.

Robienie filmów zaspokaja różne potrzeby, np. pokazywania innego, własnego świata. Prawie 30 lat temu jedyną jak dotąd polską nagrodę Oscara za krótkometrażowe „Tango” dostał Zbigniew Rybczyński. Nie udało się to Tomaszowi Bagińskiemu za „Katedrę”. Czy uda się Izie Plucińskiej ? Kto wie... Jeśli zrealizuje autorską wersję komiksu Marzeny Sowy „Marzi” za ok. 4 mln euro, to może być różnie.

– Ja raczej chciałabym sobie spokojnie dziubać te swoje rzeczy – śmieje się Iza – a nie gwiazdować na czerwonych dywanach. Dzięki temu, że robię swoje kino, mam satysfakcję i do tego mogę jeździć nieomal po całym świecie.

Z Koszalina do Koszalina

Iza urodziła się w mieście nad Dzierżęcinką i choć dawno w nim nie mieszka, musi się tu pojawić co najmniej kilka razy w roku. Tu mieszkają jej rodzice i przyjaciele. Tu właściwie

rozpoczęło się wszystko, co najważniejsze w jej obecnym zawodowym życiu, między innymi dzięki paniom od plastyki – Bożenie i Gabrysi. Tu zdarzają się ciągle rodzinne wieloosobowe imprezy, których tak jej brakuje w Berlinie. Tu wreszcie ma swoją nadmorską plażę i odległy horyzont, który uspokaja i pozwala poukładać myśli.

KUBA GRABSKI

Izabela Plucińska

ur. 1974 r. w Koszalinie. Absolwentka Liceum Plastycznego w Koszalinie, ASP i PWSTiF w Łodzi, szkoły filmowej im. Konrada Wolfa w Poczdamie Babelsbergu, reżyserka, scenarzystka, autorka zdjęć, scenografka, animatorka postaci, producentka (i może coś jeszcze...).

 

Iza w rozmowie z autorem
Iza w rozmowie z autorem
Szuflada pełna plastelinowo-filmowych lalek
Szuflada pełna plastelinowo-filmowych lalek
Ręce, które ożywiają
Ręce, które ożywiają
Kadr z ostatniego filmu Izy „Esterhazy”
Kadr z ostatniego filmu Izy „Esterhazy”
Gabrysia Śmierzewska i Iza w jej berlińskim mieszkaniu z plastelinowymi obrazami
Gabrysia Śmierzewska i Iza w jej berlińskim mieszkaniu...
Kadr z nagrodzonego Srebrnym Niedźwiedziem „Jam Session”
Kadr z nagrodzonego Srebrnym Niedźwiedziem „Jam...
2009-11-25
powrót
© Wydawnictwo Fabryka Słowa Sp. z o.o. Wszelkie prawa zastrzeżone